Miarka się przebrała!

Dziś jest ten dzień, kiedy Zuzka ma ochotę zabić wszystkich i wszystko co rusza się wkoło niej. I nie, nie ma żadnego PMS-u ani nic z tych rzeczy, jest najzwyczajniej w świecie wkurzona! Każdy, którego spotkała na swojej drodze musiał dołożyć jej po swoje trzy grosze. Zacznijmy od mamy.

Krystyna, bo tak zwą jej mamę uważa, że jej córka to wieczna nieudaczniczka. Za gruba, za leniwa, mało ją szanująca i generalnie jeden wielki niewypał. Oczywiście, kiedy ma przypływy miłości nie szczędzi Zuzie telefonów typu: Kocham Cię moja mała córeczko, co robisz Kochanie, martwię się itd. itd. Generalnie jaka pogoda taki humor Krystyny. Nie zmienia to jednak faktu, że dzisiaj rano, kiedy wyjątkowo miała wolny dzień od pracy, obudził ją telefon od mamusi. Uwaga … poznała nowego faceta (a! Dodajmy, że zakochuje się srednio co trzy miesiące) i stwierdziła, że wprowadzi się do niej po dwóch tygodniach znajomości. Oczywiście to wielka miłość i facet 20 lat od niej młodszy na pewno również to uczucie odwzajemnia, bo przecież willa pod miastem, odziedziczona po trzecim mężu, woła z daleka: Kochaj mnie! Ech, na argumenty Zuzy, poraz kolejny matka zaregowała słowami: Zazdrościsz mi! Bo ja w wieku 60 lat mam takie powodzenie, że szok, a Ty ledwo przy sobie trzymasz tego swojego biednego narzeczonego. Przecież on tylko czeka, kiedy nadarzy się okazja, by spieprzyć, gdzie pieprz rośnie! A tu mamusia ma rację. Z pieprzeniem Zuza ma niewiele wspólnego. Nie raz jest jej to wypominane, kiedy zamawia do domu jedzenie, zamiast ugotować coś samej. Więc pewnie w końcu F. ucieknie do krainy pieprzu i soli długowłosej blondyny albo brunetki. 

Kolejny telefon = kolejna katastrofa. Zadzwonił wcześniej wspomniany wspaniały narzeczony, że uwaga…wyjeżdża! Nie na miesiąc, nie na trzy, ale na pół roku. Obiecał jej kiedyś, że nie będzie czekał z takimi wiadomościami do powrotu z pracy, więc tą wspaniałą informację przekazał jej już o 11:00. Spokojnie, będzie wracał raz w miesiącu na tydzień! Wow! Już nie mogę się doczekać! Kolejnym argumentem przemawiającym za tym, ze ten wyjazd to wielka szansa dla NICH, to miejsce – Francja, a dokładniej Nicea. No żyć nie umierać! Szkoda tylko, że dla niego. :) Wybrała życie z architektem, więc niewiele miała w tej materii do gadania. Ale dzięki jego podróżom mieli wspaniałe wyjazdy na wakacje …. Byli w Monaco, Paryżu, Mediolanie, a nawet w Pekinie. Podziwiali wszelkie budynki zaprojektowane przez firmę F&L. Piętro po piętrze, pokój po pokoju….Ech, cóż to były za widoki! Oczywiście w trakcie takich wyjazdów trzeba spotkać się ze starymi znajomymi, więc Zuza poczciwie potakiwała i uśmiechała się do jeszcze większych buców biznesowych niż Filip i udawała, że wykłady o nowych technologiach zastosowanych w budynkach na terenach sejsmicznych są interesujące i jak najbardziej zrozumiałe dla przeciętnego szaraka. Tak mijały 3 dni i trzeba było wracać do Polski, bo kolejne projekty wzywały. No, przepraszam w Pekinie Zuza spędziła 6 dni! Łącznie z podróżą. :) Nie zmieniało to faktu, że kochała tego buca na zabój…

Trzecia informacja, która normalnie wzniozłaby ją pod niebosa to … wiadomość o ślubie jej najlepszej przyjaciółki. Super…skacze z radości! Ale tylko przez chwilę…STOP! Ona jest z facetem dwa lata i poważnie wzięli się za organizację wesele, a ona … jest z Filipem – 7 lat, 3 lata narzeczeństwa i kolejny rok w rozjeździe. Brzmi bombowo. Jak tak dalej pójdzie, wyjdzie za mąż w wieku, kiedy Krystyna wychodziła za trzeciego.

Godzina 20:30 – czas najwyższy, aby Zuza położyła się spać i uciekła przed spojrzeniem narzeczonego, kiedy wróci w końcu do domu. Nie chce pokazywać, jak bardzo jest dzisiaj słaba.

Dobranoc.

pinger

Poznajcie Zuzkę!

Jest ciepły jesienny poranek. Zuza jak zawsze rano wstaje do pracy, żegna się ze swoim psem i idzie, a w sumie to biegnie, bo zawsze wszędzie się spóźnia. Wsiada do swojego miejskiego, małego autka i jedzie. Uwielbia jazdę samochodem. Mogłaby zajmować się tym zawodowo, ale nic z tego! Zuza to spełniona kobieta sukcesu. No … prawie. Ma na pewno marzenia, aby taką kobietą być. Zawsze o wszystkich dba naokoło, ale nie dba o samą siebie. Wiecznie roztrzepane włosy, niekoniecznie dobrze dobrane dodatki do ubrań. Markowe ciuchy? Pff, zapomnijcie. Liczy się prostota i szybkość nakładania na siebie poszczególnych warstw ubrań, bo przecież jest jej zawsze zimno. Ale wróćmy do wątku głównego …

Dojeżdza pod wielki gmach i idzie zmierzyć się ze swoim szefem. Uff, co za człowiek. Jak ma dobry humor to można śmiać się z nim do rozpuku, ale jak nadepnie mu się na piętę to idą iskry, ale na pewno nie pozytywne! Zuzka pracuje jako asystentka w jednej z firm w dużym mieście. Niejeden pomyśli - Co to musi być za szycha! Ona też czasami tak myśli, ale tylko przez chwilę. Dopóki nie spotka innych koleżanek z jej środowiska … Długie nogi, figury jak marzenie, drogie ciuchy, szydercze spojrzenia … Zuzka to uwielbia. ;) W końcu jeśli z czymś/kimś przebywasz w ciągu dnia dłużej niż 5 godzin, staje Ci się bardzo bliski…:) 

Zuzka ma faceta. Świetnego. Dobrze zarabia, jest przystojny, ogarnięty życiowo. Żyć nie umierać, ale …. jak zawsze jest ale. Przez jej kompleksy cały czas ma wrażenie, że nastąpi taki moment w życiu, że ten idealny wycinek z jej życia, w końcu zniknie. Do jednej z tych pięknych, zgrabnych i milutkich dziewczyn, które tylko czekają, kiedy usłyszą, że jest wolny. 

Moja bohaterka ma także przyjaciółki. Na nie, może zawsze polegać. Każda z nich jest inna, ale każda jest cudowna w inny sposób. Kiedy ma doła, wystarczy wyciągnąć telefon i ekipa ratunkowa przybywa pod wskazany adres! :) Tacy ludzie to skarb nad skarbami! 

Ma jeszcze wiele tajemnic, które z pewnością odkryjemy podczas jej przygód!

Poznajcie … Zuzę J. 

lileky
https://www.youtube.com/watch?v=J3YkeJNxwsw

No to go … w Świat!

akademia

Powiem wam coś … w końcu zabieram się za moje drugie postanowienie noworoczne, ale tak naprawdę to wieloroczne. :P Od kilku lat obiecywałam sobie, że zacznę robić coś w kierunku turystyki. Nie tylko wyjeżdżać gdzieś na wakacje, ale coś więcej. I w tym roku już nie odpuszczę, za wiele lat straciłam. A co mam na myśli? Kurs rezydencki. :) W październiku w Katowicach rusza jego kolejna edycja i mam zamiar tam się znaleźć! A skąd takie marzenie? Już wyjaśniam …

Kiedy wyjechałam po raz pierwszy zagranicę, dalej niż Czechy lub Słowacja (a było to prawie 10 lat temu), zakochałam się w tego rodzaju pracy. Nie mam tutaj na myśli tego, że siedzisz sobie zagranicą kilka miesięcy w ciągu roku (chociaż nie powiem to też jest argument zdecydowanie ZA), ale chodzi mi o atmosferę, o zakres obowiązków, o kontakty z inną kulturą, ludźmi. To coś wspaniałego! Udało mi się być kilka razy na wyjeździe zagranicznym i miałam okazję poznać kilku rezydentów. Jednych lepszych, drugich gorszych, ale to co mnie urzekło w nich wszystkich to – radość z życia. Mimo tego, że żyją z dala od rodziny, wielu z nich jest bardzo samotnych to i tak cieszą się, że uczestniczą przez chwilę w życiu innych osób. Czasami się z nimi użerają, ale i tak w ogólnym rozrachunku wychodzą na plus. Dlaczego? Zapytałam o to, w 2008 rezydentkę w Bułgarii (byłam gówniarą, wiem), ale odpowiedziała mi takimi słowami, że pamiętam je po dziś. 

Wiesz Aniu … czasami mam ochotę wrócić do mojego małego, przytulnego mieszkanka i po prostu w nim zostać już na zawsze. To są momenty. Bo to co przeżywam tu, jest niewiarygodne i nikomu bym tego nie oddała. Poznaję mnóstwo ludzi, milszych, gorszych, nową kulturę, ale przede wszystkim samą siebie. Wyjechałam tu, nie znając nikogo, nawet średnio język, a każdego roku wracam do Polski jako nowa osoba. Znająca swoje mocne, słabe strony, ale przede wszystkim silniejsza. Ta praca uczy siły – samozaparcia, fizycznej, do użerania się z okropnymi ludźmi, do mierzenia się ze swoimi słabościami. Tego nikt mi nie odbierze.

Ten rok jest jak dla mnie strasznie zagmatwany, dlatego mam nadzieję, że krok w postaci kursu, ukaże mi to, że mam w sobie mnóstwo siły do walki ze wszystkim tym co stanie na mojej drodze! I jeśli będzie mi dane, już za rok, a może dwa wyjadę na swój pierwszy turnus wakacyjny, jako rezydent… Kto wie, co przyniesie życie, ale warto mieć jakiś cel w życiu, bo kiedy on znika, głupie myśli przychodzą do głowy. 

Dobranoc! :)

Powrót starej Ani

Obiecałam optymistyczny wpis, a nie zamierzam być gołosłowna, więc napiszę wam o pozytywnych rzeczach, które wydarzyły się w ciągu tego ostatniego miesiąca w moim życiu. W sumie to skupie się przede wszystkim na jednym aspekcie, ale jakże istotnym. Na MNIE. Tak – będzie to egoistyczny wpis, ze mną w roli głównej. 

Mówią, że każde doświadczenie w życiu jest po coś. Rozstanie i wiele okoliczności towarzyszących, spowodowało, że w końcu zaczęłam się skupiać na sobie. Na tym, żeby jednak zawsze starać się jak najlepiej wyglądać, bo nigdy nie wiadomo w jakiej sytuacji nagle się znajdziesz. Zaczęłam więcej czasu poświęcać na dobór ubrania, makijażu … w końcu dbam o siebie! Wiadomo, do ideału mi wiele brakuje, ale przynajmniej teraz wychodząc z domu czuje się bardziej pewnie niż jeszcze miesiąc temu. Mimo tego, że moja waga daleka jest do ideału, mam to gdzieś. W końcu i ona zniknie. :) Póki co odpowiednie stylizacje (czasami bardziej trafione, czasami mniej), powodują, że pewne mankamenty przestały mi przeszkadzać. I z tego jestem dumna. :) W końcu wracam do czasów, kiedy miałam swój indywidualny styl … bo w pewnym momencie, gdzieś go zgubiłam. 

Dziewczyny, ale i chłopacy! Skupiajcie się na sobie, wyglądajcie zawsze jak milion dolarów, bo nigdy nie wiecie kogo/co Was spotka … ;)

A! Jest jeszcze jedna rzecz za którą wzięłam się na poważnie. Szukanie stałej pracy. Nawet kosztem przejścia na studia zaoczne. Dość życia na garnuszku mamy. Czas postawić na rozwój samej siebie! 

Spokojnej reszty niedzieli! :) A poniżej moja wczorajsza stylizacja na egzaminy i ślub koleżanki – tak apropos wszystkiego najlepszego na Nowej DRODZE ŻYCIA! Jak najmniej wybojów! :* 

11347875_10202954276576385_300772612_o

Zwątpienia = marzenia

md_DSC_2427

Przesilenie wiosenne dopada i mnie. Nie umiem kompletnie zmotywować się do działania. Miałam systematycznie przygotowywać się na zajęcia, uczyć się porządnie, nie po łebkach, zapisać się do dietetyka itd., itd., a co z tego wyszło? Jedno wielkie NIC.

Po całym weekendzie w szkole, nie marze o niczym innym, jak o świętach, o tym, żeby oderwać się od tego wszystkiego i odpocząć. Nie chodzi o zmęczenie fizyczne, bo jeszcze z tym daję radę, ale psychiczne. Czuje się wypalona. Coraz częściej w moich myślach, pojawia się wizja, która od kilku lat powraca do mnie jak bumerang. Francja. Zakochałam się w tym kraju w 2010 roku, kiedy pierwszy raz w życiu miałam okazję tam być i od tamtej pory, kiedy jest mi ciężko tu gdzie jestem, uruchamia mi się pamięć wsteczna i ląduje w Cannes. Swoje trzy grosze ma także Ania z fashionable.com, która przypomniała mi soundtrack z Amelii. ;)

Ostatnio z tego marzenia zwierzyłam się Marcinowi. Byłam w szoku, kiedy podzielił moje zdanie, że super opcją byłoby tam kiedyś wyjechać, nie tylko na wakacje, ale na stałe. Oczywiście póki co, to mrzonki i nic więcej, ponieważ nasz francuski jest równy zeru, ale kiedy czuje się totalnie słaba psychicznie, na samą myśl o tym moje serce się raduje. Nie stać mnie na wycieczki tam i z powrotem, ale pamięć i wspomnienia w takich momentach, jak ostatnio idealnie się przydają. :)

Pielęgnujcie swoje wspomnienia i marzenia … nawet, jeśli wiecie, że są one póki co zupełnie nierealne do spełnienia, nie dajcie im odejść w zapomnienie. Ja nimi żyję i małymi kroczkami, staram się wdrożyć je w życie. Ostatnie kilka dni to same momenty zwątpienia we wszystko, ale nie poddam się tak łatwo. :) W związku z tym, w czasie przerwy świątecznej na studiach, biorę się za szukanie w miarę tanich wakacji nad Lazurowym… :) 

Żyje się raz i nie warto odkładać pewnych rzeczy na później. Do przeprowadzki jeszcze baaaaaaardzo długa droga, ale do wakacji mam nadzieję ciut krótsza. :) 

W kolejnym wpisie postaram się Wam zaserwować kilka zdjęć z moich wakacji z 2010 roku, będziecie wtedy mieli okazję sami się przekonać, jak tam jest pięknie. :) 

Trzymajcie się i nie dajcie!! :)

Plum … !

Uff … przez ostatnie kilka dni troszkę zaniedbałam bloga, ale już spieszę, aby wszystko ponadrabiać! :)

Jak mieliście okazję ostatnio czytać, w sobotę miałam mega kryzys spowodowany moją rodziną. Nic w tym temacie się nie zmieniło, może jedynie tyle, że staram się mieć coraz bardziej na to „wyjechane”. Dziękuję wszystkim za komentarze, które dodały mi otuchy! ;*

Ostatnie dni to jednak nie tylko rozterki negatywne. Myślałam także co zrobić ze ślubem, pamiętacie jak pytałam się o wasze zdanie, czy istnieje idealny moment na taką uroczystość? W sumie wszyscy jednym głosem powiedzieli, że NIE i najważniejsze jest to co my z Marcinem do siebie czujemy. Biłam się z myślami wiele dni tak naprawdę, ale ostatnio nastąpił jakiś przełom. Po rozmowach z przyjaciółmi, z Wami (!) i przede wszystkim z Marcinem, podjęliśmy decyzję. Wiadomym jest, że wiele zależy także od innych czynników, ale …. robimy wszystko, aby udało nam się zrealizować cel, jakim jest ślub w lato przyszłego roku. :)

Są momenty, kiedy ogarnia mnie straszny strach, za chwilę jestem podekscytowana i tak w kółko. Mam jednak nadzieję, że się uda i wszyscy będą zadowoleni. :) Ta decyzja to w sumie przede wszystkim wynik upartości Marcina, bo nie chciał mi popuścić kolejnego roku, haha. :) Także trzymajcie za nas kciuki, maile się piszą, telefony dzwonią, także jest co robić … :)

Dziękuje raz jeszcze wszystkim z tego miejsca, którzy są i pomagają mi we wszystkim! ;)

11043240_1552237235054375_4664315831886788433_n